Post
autor: Brygadier » 06 sie 2026, 20:30
Czuję się w obowiązku raz jeszcze zabrać głos w tej sprawie.
Pan Slavio napisał: "W sprawie Pańskiej książki wysyłałem wiadomości o chęci jej zakupu na Pański meesenger. Bez odpowiedzi. Proszę sprawdzić , powinny jeszcze tam być. Próbowałem też kupić książkę na rynku, niestety bez skutku. Po dłuższym czasie dowiedziałem się że nie była w oficjalnej sprzedaży. Dostępna była, jak mi powiedziano, na spotkaniach autorskich".
Faktycznie, otrzymałem wiele wiadomości na meesenger. Na niektóre odpowiadałem, inne, także Pańską wiadomość mogłem przeoczyć. Odpowiedź zawsze była jedna: nie prowadzę dystrybucji książki, bo faktycznie była ona dostępna tylko na spotkaniach autorskich. Choć nie czuję się w obowiązku tłumaczenia dlaczego tak było, informuję Pana, że: nie byłem wydawcą książki. Książka wydana została za pieniądze kilku sponsorów instytucjonalnych i prywatnych - są oni uwidocznieni na odwrocie strony tytułowej. Ja otrzymałem tylko do swojej dyspozycji pewną ilość egzemplarzy autorskich, które błyskawicznie wręcz się rozeszły. Z wyjątkiem przywołanej przez Pana książki o walkach pierwszej wojny na Ziemi Lipskiej, która wydana została przez Wojskową Akademię Techniczną i Wydawnictwo Naukowe FNCE i była (choć także niewielkim nakładzie) w sprzedaży w ogólnopolskich księgarniach, wszystkie inne moje prace ukazywały się lokalnych wydawnictwach lub wręcz drukowane były małych drukarniach. Dostępne w związku z tym były tylko na moich spotkaniach autorskich lub znalazły się w gestii samorządów i instytucji, które je sponsorowały. Powód jest bardzo prosty. Nie jestem pracownikiem naukowym związanym z żadną uczelnią, ale nie to jest najważniejsze. Zajmuje się badaniem wielkiej wojny w ściśle określonym, regionalnym wycinku. Zdobycie funduszy na wydanie takiej pracy, zainteresowanie tematem odpowiedniej władzy itp. bywało najczęściej bardzo trudne. Dlatego kolejne swoje książki, które się „już piszą” wydam zapewne za własne pieniądze i będę nimi całkowicie dysponował.
Napisał Pan również: „ Pozycja pokazała się na pewnym portalu aukcyjnym i jest w oficjalnej sprzedaży. Kilka sztuk. Książka która nie była w oficjalnej sprzedaży, jest w sprzedaży ? Osobliwe.” Nie widzę tu nic osobliwego. Ktoś po prostu kupił na spotkaniu autorskim kilka sztuk i teraz sprzedaje. Ja na spotkaniu autorskim zajęty byłem wygłaszaniem prelekcji, a nie sprzedażą książki, więc nie wiem kto i ile kupował. Poza tym, co to jest wg Pana oficjalna sprzedaż ? O ile książka nie jest sprzedawana bezpośrednio przez księgarnię czy wydawnictwo lub przez upoważnione osoby itp. można domniemywać, że jest z tzw. drugiej ręki. Poza tym, mimo dużych chęci, nie jestem w stanie śledzić ścieżki „kariery” każdego egzemplarza mojej książki.
Napisał Pan: „Powtarzam , pdf został znaleziony w necie, przez znajomego "magika komputerowego". Na stronie, której już nie ma. Została zamknięta/zlikwidowana jak zwał , tak zwał.” Jak rozumiem, ten magik to po prostu haker komputerowy. No i oczywiście strony już nie ma…” Przypadek ?
I dalej: „A szkoda, bo bym ją tu przywołał do ogólnego wglądu.” A szkoda, bo byłbym ciekawy.
„Co by odsunąć oskarżenia” – póki co, nikt Pana nie oskarża, a tylko wskazuje dziwne, nie etyczne postępowanie. Mnie nigdy by nie przyszło do głowy wrzucać do Internetu książki, bo jest trudno dostępna lub droga. Ciekawe, co by powiedział np. Pan Tomasz Woźny, autor ostatnio wydanej świetnej pracy o Bitwie pod Gorlicami, która o ile wiem kosztuje około 130zł., czyli dość drogo, ale wiedza i rzetelna praca kosztuje. Nawet nie chcę myśleć, jakie kroki podjęliby prawnicy Wydawnictwa Tetragon, gdyby ta praca nagle znalazła się na jakiejś stronie w Internecie w formie PDF-u, z informacją, że może być wysłana wszystkim chętnym całkowicie gratis.
Podanego przez Pana przykładu pirackiej kopii książki, którą można pobrać z Internetu, nawet nie będę komentował.
Pan Incubus napisał: „Slawio, z całym szacunkiem, Twoje tłumaczenia są dla mnie co najmniej dziwne, by nie rzec: dziwaczne; niby przyznajesz rację krytyce, a jednocześnie de facto w jakiś sposób bronisz swego postępku, choćby przytaczając info o dostępnej pirackiej wersji jakiejś innej książki, trochę "samobójczo" przyznając, że jest dostępna na... rosyjskich serwerach... Sąsiad jechał pijany, to i ja mogę? Powinno być dla Ciebie rzeczą oczywistą, że jeśli pdf nie jest publikowany na czyjejś oficjalnej stronie, za zgodą autora publikacji czy właściciela praw autorskich, to nieważne, gdzie i kto wyszpera go w Internecie, to jego rozpowszechnianie jest obrzydliwym piractwem”.
I to jest chyba najlepsze i najtrafniejsze podsumowanie całej tej historii, za co bardzo dziękuję.
Pozdrawiam Wszystkich.