Stani pisze: ↑29 kwie 2025, 17:04
Dlatego dziś musimy zapytać: czy rekonstrukcje bitew są właściwą formą ich upamiętnienia? Czy symulacje dawnych starć — z mundurami, dymem i brawurą — naprawdę niosą pamięć o ofiarach, czy raczej ją rozmywają? Czy przypadkiem nie zacierają dramatu wojny, czyniąc z niej spektakl, grę, widowisko?
Mieszane uczucia rozumiem. Na pewno jednak jest to forma szerzej trafiająca do zbiorowego odbiorcy niż "żałobne" uroczystości na cmentarzach czy bardziej lub mniej porywające prelekcje. Pomijam literaturę, bo tą czytają głównie pasjonaci historii, którzy z wojny/bitwy i jej różnych aspektów przeważnie zdają sobie sprawę. A sensownego muzeum narracyjnego jak wiadomo nie ma, choć plany są (czy też były) niemal imperialne. Niewielka placówka PTTK wypełnia tę lukę tylko w częściowym zakresie.
Wydaje mi się, że wiele zależy od tego, co jest przedstawiane, w jaki sposób (że wspomnę legendarne już strzelanie z przykucu), w jaki sposób jest opowiadane i na co położone są akcenty. Nie jestem stałym bywalcem rekonstrukcji ale były takie - jak na przykład rekonstukcja zbrodni katyńskiej parę lat temu pod Tomaszowem Lubelskim - że publika była wstrząśnięta. Poznać to po ciszy. Uważam, że to dobry efekt, porównywalny z końcową sceną z filmu Wajdy. Tak że tego - pomysł, ludzie i akcenty. Inna scena: Wysoka i miejscowa młodzież w roli cywilów zbierających poległych. Mocne, na pewno zapamiętają do końca życia.
Tak że mimo oczywistych pytań natury etycznej, uważam rekonstrukcję za właściwą formę przekazu, o ile podchodzi się do niej z głową. I nie chodzi mi tutaj o detale historyczne, których nikt poza samymi rekonstruktorami nie widzi (zwłaszcza z trybun) ale właśnie o końcowe przesłanie.
Na tym "złym" biegunie postawiłbym raczej to co mnie osobiście zniesmacza, czyli lans polityków i decydentów różnej rangi i maści, poniekąd ogrzewających się w ciepełku tragedii i wykorzystujących to, że akurat w rocznicę ściągnęła ona rozliczne tłumy i media. Ja wiem, że
dają na to wszystko pieniądze (choć nie swoje własne) i wiem też, że wielu traktuje takie wydarzenia z autentyczną powagą. Ale też w rok wyborczy w ciemno zgaduję, że przyjedzie paru takich, którzy dawno - pół biedy, jeśli jeszcze nigdy - w danym miejscu nie byli. Nie mam też zrozumienia do rozlicznych, przydługich i nudnych przemówień, albo składania wieńców i zniczy po to, by zaraz o upamiętnianych wydarzeniach zapomnieć - przynajmniej do następnej rocznicy.
Znów jeden przykład. Jakoś dwa lata temu na 2 maja w kwiatach utonął m.in. cmentarz nr 60. Byłem tam ze studentami miesiąc później, gdy wieńce były już wyraźnie zdechłe, ale szarfy nadal dumnie głosiły "kto dał" - imiennie i z funkcjami (tu dygresja: najbardziej bawi mnie umieszczanie kartek "kto dał", zniczy z naklejkami, a nawet kartek że "się pamięta"; grono amatorów tego sportu jest całkiem pokaźne). Byłem tam też jesienią, truchła wieńców nadal straszyły tymi samymi szarfami. I wiem, że wielu teraz powie "mogłeś posprzątać". Ale jestem zdania, że niekoniecznie należy wyręczać wszystkich świętych w usuwaniu oznak tego, że "pamiętają" raz w roku, a ostatecznie zostawiają śmietnik. Stare oznaki pamięci zwykłych, prostych ludzi posprzątam chętnie.
Taka właśnie niby-pamięć jest dla mnie zjawiskiem dużo bardziej patologicznym, niż ewentualne spłycanie historii poprzez niedoskonałe rekonstrukcje.
To jest zresztą temat na osobny wątek, a nie taki o książce - i jeśli doszłoby do jego założenia to proszę o przeniesienie posta.
PS. Dowódca każdego szczebla na wojnie stawał się panem życia i śmierci swoich podwładnych, dlatego pierwszy z brzegu nie zostawał dowódcą. Mimo to byli wśród dowódców rzeźnicy, ale byli też filozofowie. Mackensenem wstrząsnęłą już jatka pod Gąbinem, a potem było już tylko gorzej. Ale wojny prowadzą politycy, żołnierze to tylko narzędzie...